Anna Lisiecka – Warto spróbować!

Pierwszy mecz – każda nakręca następną, rytmiczna muzyka, marsz na boisko, za chwilę pierwszy gwizdek w meczu, twoim pierwszym meczu. Serce bije jak oszalałe, nie wiesz czy wystarczająco wiele czasu poświęciłaś na trening, nie wiesz, czy odnajdziesz się w prawdziwej grze… Wszyscy ustawieni -> niepewność, strach, nerwowe spoglądanie po twarzach -> gwizdek ->  piłka w grze. Dzieje się! Jesteś na boisku i…albo idzie albo nie.

Dopiero podczas takiego meczu mogłam powiedzieć, że godziny spędzone na ściance i na treningach poważnie dają efekty!

W moim pierwszym spotkaniu największym zaskoczeniem dla mnie były zasady – nigdy wcześniej przed meczem większością się nawet nie zainteresowałam. Było tylko to, co powiedziano mi podczas treningów. Zaskoczyło mnie nie tylko to, że grę rozpoczyna się ze środka boiska – dwie osoby stoją centralnie w środku, reszta na około ich. Zdziwiło również, że po strzelonej bramce powiedziano mi, że jej nie zaliczają, bo byłam w krisie (który ustawiono z pachołków dopiero potem) – CO TO JEST KRIS?! (O rożku dowiedziałam się przypadkiem miesiąc później)

Od tego czasu minęło już ponad 5 lat. Znajomość zasad w Polsce poszła o krok dalej, ale mimo wszystko dalej powtarzają się ciągle te same błędy:

– swape (slash), czyli machanie kijem jak siekierą

– push, czyli przepychanie się tyłkiem

– kopanie piłki

– cover, czyli przykrywanie piłki

– wchodzenie obrony do krisa

– lądowanie po bramce w krisie (co oznacza anulowanie bramki)

– strzał przez zawodnika (przy dobrych sędziach często kończy się żółtą kartką, poprzedzoną ostrzeżeniem)

Pierwszy trening

Jednak nim zagramy w meczu – przełomowym momentem jest zawsze pierwszy trening.

Pierwszy trening to ważny moment – od niego zależy, czy dalej będziemy brnąć w tajemnice sportu lub zrezygnujemy. Interesuje nas, czy po całej sesji coś z tego wyniesiemy, czy reszta drużyny nas zaakceptowała, czy atmosfera nam odpowiada, czy reszta odnosi się do siebie z szacunkiem. Każdy patrzy na coś innego i nie można każdemu dogodzić.

Ważne jest podejście do samego treningu – jeżeli przychodzimy tylko po to, aby pogadać z koleżankami, poudawać że się ruszamy i przy okazji może trochę schudnąć – to czy jest sens w ogóle przychodzić?

Trening powinien być czasem, gdzie szlifujemy swój warsztat – nie tylko dla siebie, ale i dla drużyny, której jesteśmy częścią. Nie ma miejsca na kłócenie się z trenerem kto ma rację – to zawsze można na spokojnie wyjaśnić w szatni.

Jeśli już przychodzimy to podejdźmy do sprawy choć z odrobiną zaangażowania, gdyż z każdego treningu można wychodzić coraz bardziej zmotywowanym i z tzw. bananem na twarzy. Wiadomo, żeński lacrosse w Polsce nie jest super rozwinięty, nie mamy ligi z prawdziwego zdarzenia, ale od kogo to zależy jak nie od nas? Jeśli chcemy coś zmienić, to zacznijmy od siebie!

Dla mnie na treningu nie ma nic bardziej demotywującego, niż pogarda wobec trenera. Gorzej jeszcze, kiedy on podchodzi z pogardą do nas – motywacja spada dwa piętra w dół. Z biegiem czasu już inaczej patrzy się na nowe zawodniczki, czasem zapomina się, że przecież każdy musi jakoś zacząć i odsuwa się je na skrajny margines. Nie warto – nowa, czy nie nowa to członek drużyny – rodziny :) Coraz większej rodziny.

Lacrosse to stosunkowo nowy sport w Polsce, nie każdy wie jak do niego podejść, nie każdy wie, czy to dla niego. Na pierwszy rzut oka, kobiecy lacrosse wydaje się szybki, chaotyczny i  co chwilę słychać gwizdek. Ale nie taki diabeł straszny, jak go faceci malują. Warto spróbować i zostać!

Pozdrawiam,
Anna Lisiecka.