Nowy Rok z lacrossem: Kadra męska

Początek 2017 roku był chyba najbardziej intensywny w historii pod względem występów dla męskiej reprezentacji Polski. W przeciągu ośmiu dni kadrowicze zdołali rozegrać aż osiem meczów. Była to świetna okazja nie tylko dla nich, aby zdobyć niezbędne doświadczenie, ale również spore pole do popisu dla sztabu szkoleniowego mogącego sprawdzić w akcji wielu nowych zawodników oraz przećwiczyć dane zagrywki.

Trudno porównać ze sobą oba turnieje, zarówno noworoczna seria meczów w Belgradzie jak i zawody w Budapeszcie niosą ze sobą zupełnie inną historię. Jednak niezależnie od okoliczności z jakimi musiała się zmagać reprezentacja, oba wyjazdy należy potraktować na duży plus. Podobnie jak podczas jesiennych zgrupowań we Wrocławiu, głównodowodzącym w Serbii i na Węgrzech był trener Błażej Rokicki dla którego to także było spore wyzwanie. Aktualny asystent w sztabie Kyle’a Plumly’ego podobnie jak wielu zawodników miał okazję nabyć niezbędne doświadczenie, które jest szczególnie ważne na jego stanowisku.

Turniej w Budapeszcie i spotkanie w Belgradzie, które udało się zorganizować na za pięć dwunasta, były wydarzeniami wieńczącymi okres między ubiegłorocznymi Mistrzostwami Europy a przełomem 2016 i 2017 roku. W tym czasie daliśmy jako takie „wolne” zawodnikom reprezentującym Polskę w Gödöllő i skupiliśmy się na treningach z tzw. „grupą pościgową”. W ostatnim czasie jednym z głównych zadań reprezentacji miało być przekazywanie przydatnych narzędzi do klubów za pomocą obecnych na zgrupowaniach ich przedstawicieli. Dodatkowo, wykorzystaliśmy ten okres by wstępnie wyłonić silną grupę aspirującą do miana reprezentantów, którą następnie wymieszamy z zespołem z ME. Wtedy wyłonimy szeroką kadrę na MŚ w 2018roku z której wybierzemy 23 zawodników na sam turniej. Oczywiście wszystko to opisałem bardzo ogólnie i póki co żadne decyzje personalne nie są wiążące. To była okazja by przyjrzeć się sporej grupie zawodników i taki był główny cel wyjazdów. – komentuje Błażej Rokicki.

Turniej w Belgradzie

Polska 7-2 Serbia
Polska 10-0 Słowenia
Polska 3-5 Izrael

Turniej w Serbii trudno nazwać uporządkowaną formą rozgrywek. Na zaproszenie federacji izraelskiej i przy sporej pomocy organizacyjnej ze strony Serbów zorganizowana została seria sparingów dla czterech reprezentacji narodowych. Dla Polaków pierwsze dwa mecze nie stanowiły większego wyzwania. Wyraźnie widoczna była różnica poziomu pomiędzy nimi, a drużynami Serbii i Słowenii. Stanowiło to zatem świetną okazję dla reprezentantów do zgrywania się między sobą oraz ćwiczenia poszczególnych zagrywek, szczególnie w ataku. Było to szczególnie ważne ze względu na ich skład. Zaledwie trzynastu z nich obecnych było na Mistrzostwach Europy w Gödöllő. Pozostali to powracający do drużyny byli reprezentanci, bądź zupełni debiutanci, wśród których wielu to wciąż juniorzy. Serbowie i Słoweńcy nie dość, że odstawali poziomem to dodatkowo zmagali się z problemami kadrowymi, które również zrobiły swoje. Ich ławki rezerwowych były znacznie krótsze w porównaniu do Polskiej. Warto dodać, że Słowenia wspierana była ośmioma polskimi zawodnikami z Katowic, Poznania i Wrocławia.

Prawdziwe wyzwanie stanowiło ostatnie spotkanie przeciwko Izraelowi, zwieńczające cale wydarzenie. Na wstępie trzeba dodać, że ich kadra złożona była z juniorów zamieszkałych na co dzień w USA. Z tego powodu nikogo nie dziwiły ich amerykańskie akcenty oraz obcobrzmiące nazwiska. Samo spotkanie było bardzo wyrównane, przez większość meczu utrzymywała się maksymalnie jednobramkowa różnica. Zawodnikom nie ułatwiały pracy bardzo mroźne warunki atmosferyczne oraz sztuczne oświetlenie, do którego jakości można było mieć wiele wątpliwości. Niestety w ostatecznym rozrachunku przeciwnik okazał się lepszy dwoma golami. W grze Polaków widać było dużo nieporozumień w rozgrywaniu zagrywek ofensywnych, co niewątpliwie miało wpływ na końcowy wynik. Trzeba jednak pamiętać o kadrze jaka była tam obecna. Chłopacy pierwszy raz mieli okazję ze sobą grać w takim układzie, a dla wielu to była pierwsza okazja w życiu do biegania z orzełkiem na piersi na międzynarodowej arenie.

Same wydarzenia były bardzo ciekawe i bardzo jednocześnie różne. Wyjazd do Belgradu uważam za najbardziej intensywny z jakim miałem kiedykolwiek do czynienia. Dłużąca się w nieskończoność podróż, na miejscu życie w ciągłym biegu, mecze i równie długa podróż powrotna. Wyjazd do Budapesztu był dużo spokojniejszy i jako taki wybitnie przyjemny z wielu względów. Postawiliśmy w obu przypadkach na nowe twarze. W Reprezentacji zadebiutowali: Adam Tymorek, Kuba Klimas, Filip Kozicki, Kuba Koter, Mikołaj Śmigiel, Karol Tabor, Maciek Nowak, Mateusz Wróbel czy Krzysiek Kwieciński. Dołączyli do nich, Kuba Filipek, Daniel Węgrzyk, Kacper Jankowski, Igor Pruchniewski, Michał Zalas czy Marcin Janiszewski. Jeśli dodamy do wyżej wymienionych część reprezentacji z Gödöllő będziemy mieli trzy całkowicie różne drużyny. Jednym słowem totalny poligon doświadczalny oczywiście w pełni udany. – dodaje trener kadry narodowej.

Budapest New Years Cup 2017

Tricksters Lacrosse (SK) 5-1 Polska
Mitava Lacrosse (LV) 2-1 Polska
Toblerone Lacrosse (CH) 2-5 Polska
Polska 9-0 Tribesmen Erlangen (DE)
Ashdod Lacrosse (IL) 2-7 Polska

Trzydniowy turniej w Budapeszcie zorganizowany został dla ośmiu drużyn podzielonych na dwie grupy. Polacy znaleźli się w drugiej wraz ze słowackim Tricksters, łotewską Mitavą oraz Szwajcarskim Toblerone. Pierwszy dzień zawodów polegał na rozstrzygnięciu rywalizacji grupowej. Kolejne dwa to już walka o konkretne miejsca. Żeby walczyć o medale Polacy musieli zakończyć piątek na którymś z dwóch pierwszych lokat. Niestety już po dwóch pierwszych meczach Polska straciła na to szansę. Po przegranych z ekipami z Bratysławy i Mitavy pozostała tylko walka o 5 miejsce. Szczególnie boli porażka jedną bramką z Łotyszami straconą w samej końcówce meczu. Reprezentacja, która kadrowo wyglądała jeszcze bardziej eksperymentalnie niż w Belgradzie dopiero od trzeciego spotkania zaczęła ze sobą skutecznie współpracować. Od tego momentu gra białoczerwonych wyglądała z meczu na mecz coraz lepiej, co automatycznie przeniosło się na rezultaty. Trzy kolejne zwycięstwa pozwoliły zakończyć turniej na piątej lokacie. Pozostaje tylko żałować, że etap zgrywania się ze sobą trwał tak długo. Jednak zarówno zawodnicy jak i sztab szkoleniowy podkreślają, że nie oczekiwali od siebie zajęcia żadnego konkretnego miejsca. Priorytetem były inne kwestie, które udało się zrealizować.

Turniej noworoczny wygrali Tricksters, którzy w finale ograli gospodarzy Budapest Blax. Na najniższym stopniu podium stanęła austriacka ekipa Vienna Monarchs.

Na ME mieliśmy bardzo młodą reprezentację. Ze średnią 24 lata i 8 miesięcy plasowaliśmy się w czołówce statystyk w tej kategorii. Tej zimy poszliśmy o krok dalej i reprezentacja z Belgradu miała 23 lata i dwa miesiące a ta w Budapeszcie już tylko 22,5 roku. To jest niesamowity potencjał, który musimy odpowiednio wykorzystać. Już na ME byliśmy raptem 3 bramki od namieszania w czołówce (wygrana z Holandią dałaby nam awans do ćwierćfinału tej imprezy) i jestem pewien, że czas tej grupy czai się tuż za rogiem. Grupa z Gödöllő została w końcu zagoniona do roboty, wczasy się skończyły. Fajnie było się z nimi ponownie spotkać na boisku. Żaden z nowych zawodników nie zawiódł i każdy z nich pokazał, że są przyszłością tej reprezentacji. Nie mam słów by dokładnie opisać jak bardzo jestem z nich zadowolony. Na sam koniec dodam, że był to też spory test dla mnie. Pierwszy raz odpowiedzialność za reprezentację spoczęła wyłącznie na moich barkach. Oczywiście sztab mi pomagał, podobnie jak Daniel Smaza czy Janek Rydzak (dorywczo bracia Węgrzyk i Przemek Tabor), ale cały okres był wymagającym sprawdzianem. Uważam, że nie ustrzegłem się błędów i potrafiłem poddać się emocjom niemniej z meczu na mecz się rozkręcałem. Uczę się coraz więcej widzieć i odpowiednio reagować i ten czas był nieocenioną dawką wiedzy. Wygraliśmy 5 meczów i przegraliśmy 3. Znów zmierzyliśmy się z bardzo wolnym startem w turnieju, ale tak to wygląda kiedy cała drużyna gra ze sobą pierwszy raz. Najważniejsze, że wszyscy widzieliśmy przemiany. Zawodnicy wyciągali wnioski, uczyli się grać ze sobą. Wyniki nigdy nie są istotne. To postęp jest najważniejszy a taki było widać w każdym kolejnym meczu. Jestem z tych ludzi dumny. – podsumowuje Rokicki.

Było bardzo intensywnie, zawodnicy mają za sobą wiele minut spędzonych na boisku, sztab natomiast wiele rzeczy do przeanalizowania. Teraz pozostaje trochę zwolnić i skupić się na treningach zanim wkroczymy w kolejny maraton. Kadrowicze ponownie spotkają się ze sobą dopiero w marcu. Natomiast reprezentację w akcji ujrzymy najwcześniej w czerwcu. Do tego czasu powinniśmy już poznać kilka decyzji kadrowych, które uszczuplą liczbę graczy liczących na angaż do drużyny narodowej.

Wkraczamy teraz w etap roztrenowania. Zawodnicy powinni odstawić teraz kije w kąt (oczywiście niewybitnie dosłownie) i ruszyć na siłownię. Mamy sporo do nadrobienia w kwestii siłowej w stosunku do europejskiej czołówki, ale jestem o to spokojny. Ci ludzie gryzą trawę o każdej porze dnia i nocy. Rozpoczynamy etap drugi, czyli czas między zimą a początkiem kolejnego sezonu PLL. Wiosna i lato zapowiadają się bardzo intensywnie. Głównym sprawdzianem będzie turniej Austrian Open w Wiedniu, choć to jeszcze nie jest przesądzone. Planujemy zorganizować we Wrocławiu mocno obsadzony turniej reprezentacyjny Baltic Cup. Może zamiast wyjazdu do Wiednia ugościmy u siebie zespoły z basenu Morza Bałtyckiego i to potraktujemy jako podsumowanie najbliższych miesięcy. Do tego należy dołożyć ME w boxlacrosse w Turku- główne wydarzenie tego roku. We wrześniu startuje kolejny sezon PLL, a później ostatnia prosta przed MŚ w Manchesterze do których zostało już tylko półtora roku. – kończy Błażej Rokicki.

Źródło: ZakrzywionyKij
Photo by Shutterlax.com

  • Mati

    Oby tak dalej. Gratulacje dla wszystkich co byli i pracowali. Go POLSKA!